Jakiś czas temu NFC było tylko dodatkiem, pewnego rodzaju bajerem. Rynek zaczął jednak zmieniać się tak szybko, że już w 2019 roku ten moduł stał się standardem w półce średniej. I wiecie co? Zakup urządzenia, które wspiera tę technologię, to obecnie na prawdę nie jest duży wydatek.

Słowem wstępu…

Magię płatności zbliżeniowych odkryłem gdzieś tak w okolicach 2015-2016 roku. Nie ukrywam, że od razu mi się ten model płatności bezgotówkowych bardzo spodobał. No bo po co nosić ze sobą dodatkowo kartę do bankomatu, zwiększając tym samym ryzyko jej kradzieży, skoro telefon doskonale poradzi sobie i w tej roli? Te kilka lat temu NFC to była domena flagowców. Pamiętam, jaką rewolucją były pierwsze – dość nieśmiałe – próby przeniesienia jej do średniej półki cenowej. Cóż, ta rewolucja rodziła się w wielkich bólach.

Nie pamiętam, która firma zaskoczyła branżę jako pierwsza, jednak jestem niemal pewien co do tego, że na czele peletonu znajdowała się Motorola. Już w czasach, gdy najwyżej lokowanym telefonem tej firmy w segmencie mid-end była Moto G6 i G6 Plus, ten moduł znajdował się na pokładzie. W tym samym czasie zdecydowana większość konkurencyjnych marek wciąż była w tym przysłowiowym lesie, nie dostrzegając potencjału tej technologii.

Półka średnia zdobyta! Zapewne na tym nie koniec

Wraz z biegiem czasu, Huawei, Honor, Samsung czy Xiaomi i Redmi powoli przekonały się do implementowania modułu NFC w smartfonach z półki średniej. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, ten segment rynku już dawno podzielił się na jeszcze mniejsze podkategorie. Oczywiście, „wyższa półka średnia” zawsze miała pierwszeństwo nad tańszymi telefonami z portfolio danego producenta. To w pełni naturalna kolej rzeczy.

Zwróćcie jednak uwagę na to, jak ewolucja technologii przebiegała już wcześniej. Widać to dobrze na przykładzie aparatów głównych. Najpierw podwójne i potrójne matryce były przypisane do klasy premium, później także i do telefonów, które można kupić teraz za około 1000-1200 złotych. I tak z kwartału na kwartał, wchodziły one do coraz niżej lokowanych produktów. Dziś podwójna optyka – pomijając tu jej jakość – nie dziwi nikogo nawet w smartfonie, który kosztuje 400 złotych. Zapewne tak samo będzie przebiegało wdrażanie NFC.

Kolejna mała-wielka rzecz?

Mam wrażenie, że wiele firm usiłuje zgadywać, jakie trendy będą dobrze przyjmowane przez rynek w danym kwartale. Oczywiście, są pewne mocne typy, na czele z aparatem, akumulatorem czy wydajnym procesorem i pamięcią RAM. Ale w kilku przypadkach to wciąż taki trochę multilotek. Globalni gracze robili co mogli, żeby wykończyć port słuchawkowy 3,5 mm audio. Dziś wiemy już, że klienci postawili na swoim i ta sztuka nie udała się. Oczywiście, standard powoli zanika z tych najdroższych produktów, ale w innych kategoriach cenowych broni się zaskakująco dobrze.

Kolejna rzecz, to skaner linii papilarnych. Od co najmniej dwóch lat media trąbią o tym, że idealny będzie moduł zintegrowany z ekranem. Cóż, rynek tego nie potwierdza. Widać wyraźnie, że ta technologia się umacnia, jednak dzieje się to zaskakująco wolno. Nawet w telefonach za więcej niż 1500 złotych, a więc takich, którym w wielu względach bliżej do flagowców niż rasowego mid-enda, skaner często znajduje się na tylnej ścianie obudowy.

Ciekawi mnie, jaka będzie kolejna pozorna rewolucja, jaka czeka branżę. Nad przydatnością NFC nikt już nie dyskutuje. Polubiliśmy komfort, jaki daje nam ten standard, mimo tego, że w swoich początkach nie miał on łatwo na rynku. W tym przypadku kwestią czasu zdaje się być jego podbój kolejnych gałęzi rynku. Pamiętajcie jednak o tym, że jedna nowość wdrożona przez firmę A wymusza promowanie czegoś innego (nowego) przez konkurentów.  Z wielką niecierpliwością czekam na to, co też producenci telefonów komórkowych wymyślą tym razem 😉