Przyjęło się uważać, że gry na smartfona wymagają siedzenia lub leżenia i tapania w ekran. W zdecydowanej większości scenariuszy jest to założenie zgodne z prawdą. Są jednak pewne wyjątki. I te wyjątki – wraz z akcją #zostańwdomu – tracą sporo użytkowników i pieniędzy.

Słowem wstępu…

Nigdy nie byłem fanem gier, które wkraczałyby w jakąkolwiek formę rzeczywistości rozszerzonej. Ani VR, ani mapowanie naszego ciała i granie w ten sposób na przykład w tenisa. Tak czy inaczej, w grach mobilnych w swoim życiu spędziłem nieco czasu. Zaczynając od tych najprostszych, a kończąc na rozbudowanych tytułach, które pozwalają wielu użytkownikom mierzyć się ze sobą w czasie rzeczywistym w internecie.

Jedną z moich ulubionych gier był PUBG Mobile. To świetny przykład na to, że ograniczenia, jakie często przypisuje się smartfonom, wcale nie uniemożliwiają stworzenia gry, która wchłonie miliony graczy na wiele godzin. Zresztą, podobne przykłady można mnożyć. Fortnite, NSS, Score! Match i wiele innych. Są też gry, które postanowiły postawić konkurentom poprzeczkę jeszcze wyżej. A pośród nich szczególne miejsce zajmuje…

Pokemon GO

Świat dosłownie oszalał na punkcie wirtualnych stworków, które mogliśmy łapać w prawdziwym, otaczającym nas świecie. Pamiętam nagrania, jakie można było zobaczyć w sieci, gdy tłumy nic sobie nie robiąc z ruchu samochodów dosłownie szturmowały ulicę, bo ktoś gdzieś w okolicy widział pokemona, który nie był dostępny nigdzie indziej. Filozofia zaproponowana przez Niantic posłużyła też jako kamień węgielny podczas tworzenia Harry Potter: Wizards Unite, jednak zakładam, że dziś, kilka miesięcy po debiucie, mało kto o tej grze pamięta. Zwłaszcza w odniesieniu do pokemonów.

I nagle, ciach. Pojawił się koronawirus. Wiele państw nakazało mieszkańcom siedzieć w domu i ograniczyć wychodzenie na dwór do absolutnego minimum. Jak w takiej sytuacji legalnie grać w tego typu gry, bez względu na to czy mowa o Pokemonach, Harrym Potterze czy Minecrafcie? To problem nie tylko dla graczy, ale też dla deweloperów. Tytuł nie tylko traci wirtualnych graczy, ale i bardzo rzeczywiste pieniądze.

Poszukiwania trwają, jednak o pełnoprawny zamiennik będzie trudno

Wczoraj Niantic podzielił się informacją, iż planuje poszerzenie opcji grania w domu. Fajnie. Jeśli ktoś ma duży metraż, to może nawet ma to ręce i nogi. Czy tego chcemy czy nie, spory procent populacji państw Europy Środkowej mieszka jednak w blokach. A mieszkania tam ulokowane raczej nie rzucają na kolana w ilości metrów kwadratowych na głowę. To dość trudne warunki, by wbijać kolejny level, jednak idea Niantica, twórcy Pokemon GO jest godna uznania.

Właśnie w takiej sytuacji okazuje się, że czasem bycie po prostu lepszym od konkurencji, a tak trzeba nazwać obecną pozycję wydawcy Pokemonów, zwłaszcza w ujęciu gier z rzeczywistością rozszerzoną w roli głównej, może okazać się być problematyczne. W strzelanki wciąż mogę pograć siedząc na fotelu. Później odpalam piłkę nożną leżąc w łóżku. Wirtualnych stworków raczej sobie jednak nie połapię, bo za sprawą wymuszonego siedzącego trybu życia moja aktywność spadła do dramatycznie niskiego poziomu.

Pozostaje mieć nadzieję, że już niebawem poradzimy sobie z koronawirusem i na ulice miast wróci nie tylko życie, ale i w pełni bezpieczni gracze, którzy znów będą mogli łapać Pikachu i spółkę 😉