Branża mobilna raz na jakiś czas szuka nowych nisz, gdzie można wybić się trochę ponad to, co oferuje konkurencja. Wydaje mi się, że już teraz możemy stwierdzić, że kolejną taką niszą będzie częstotliwość odświeżania ekranu w smartfonach.

Słowem wstępu…

Wiecie, z jaką częstotliwością odświeża się ekran w Waszych smartfonach? Nie będę zdziwiony, jeśli nie. Przyznam się szczerze, że mnie to do pewnego momentu też nie interesowało. Przecież jeszcze w 2018 i 2019 roku raczej patrzymy na to, czy jest to może matryca OLED czy panel IPS. Ktoś na pewno zerka też na to, czy ekran ma notcha, łezkę czy dziurkę, gdzie ulokowana jest kamera selfie. Ale odświeżanie? No, nie wiem, nie wiem.

Tąpnięcie przyszło w połowie 2019 roku, kiedy to OnePlus, dość niespodziewanie, wprowadził na rynek urządzenia z wyświetlaczem, który odświeża się w 90 Hz. Do tej pory szeroko rozumianym standardem, z którego nie wychylał się niemal żaden inny producent, było 60 Hz. Jasne, wcześniej z wyższą częstotliwością odświeżania eksperymentował m.in. Razer, jednak producent nie miał na branżę smartfonów tak wielkiego wpływu, jak rzeczony OnePlus. No i się zaczęło…

Co daje wyższa częstotliwość odświeżania ekranu?

Ironia losu zdaje się polegać na tym, że pamiętam całkiem dobrze, że kiedyś cała ta dyskusja przewijała się przez branżę monitorów. Było to w czasach, gdy na rynku dopiero umacniał się Windows 98, a ostatnie „podrygi” tej debaty pamiętają erę Windowsa XP i niesławnego Windowsa Me. Wtedy producenci tych wielkich, ważących nieraz i 8-10 kilogramów urządzeń, także licytowali się na to, że wyższe odświeżanie jest zbawienne dla naszego wzroku, no i że pomaga w grach.

Świat poszedł do przodu, mamy płaskie monitory, które nieraz są cieńsze niż nasze smartfony, a ważą przy tym zaledwie kilka kilogramów wraz z podstawką mocującą. O odświeżaniu w branży monitorów pamięta już mało kto. No, może chlubny wyjątek stanowią gracze oraz graficy. Warto też wiedzieć, że to wszystko prawda. Wyższe odświeżanie faktycznie jest dla naszego wzroku zbawienne i usprawnia ono naszą pracę z maszyną, czyni ją bardziej komfortową.

OnePlus postanowił odgrzebać ten schemat, a następnie przekuł go na kanwę smartfonów. I wiecie co? Faktycznie, niemal wszyscy zgadzają się w kwestii tego, że ten ekran jest świetny. Że komfort pracy wzrasta, a jakość nawigacji po systemie, to zupełnie nowy, nieosiągalny dla wielu firm, poziom. Niby było to oczywiste, ale wiele osób po prostu zapomniała o tym, co wałkowaliśmy z monitorami pewien czas temu.

No i się zaczęło…

Konkurencja przyjmuje wyzwanie

Jest niemal pewnym, że w 2020 roku dostaniemy wysyp smartfonów, które także postawią na wyższą częstotliwość odświeżania. Tyle, że już nie mówi się o 90 Hz, a o 120 Hz. To jeszcze wyższa wartość, która na pewno wniesie jakość pracy z urządzeniami na kolejny poziom. I nie piszę tego z ironią, naprawdę tak twierdzę 😉 Problemem zdają się jednak być dwie kwestie, które dla części odbiorców mogą być absolutnie kluczowe.

Po pierwsze, im wyższa częstotliwość odświeżania, tym bateria bardziej płacze. Mówiąc wprost, jest to technologia, która stale i niezmiennie dość mocno obciąża ogniwo akumulatora. Oczywiście, mamy oręże w postaci szybkich ładowarek czy wysokiej optymalizacji i wydajności energetycznej Androida 10, jednak – mimo wszystko – jestem nastawiony do takiego pompowania ilości Herców w wyświetlacze dość sceptycznie. Bo zaczynamy iść w cyferki. Byle mieć więcej. A przecież już 90 Hz byłoby dla wielu osób ilością w pełni wystarczającą.

Drugą kwestią jest naturalnie cena. Jeśli już rok temu za flagowca dość często trzeba było zapłacić więcej niż cztery tysiące złotych, to zaczynam obawiać się o to, na ile złotówek producenci wycenią tegoroczne modele, które wniosą kolejne ciekawe funkcje. Lepsze aparaty, nowsze wersje wybranych modułów, być może z łącznością 5G, a także z rzeczonym ekranem, który dostanie nowe, wyższe odświeżanie. Sprawia to, że będzie to do pewnego stopnia towar klasy premium, który trafi do niedużego kręgu odbiorców.

Obawiam się, że właśnie ceny oraz pościg za cyferkami nieco wypaczą znaczenie tej technologii. Szkoda, bowiem gdzieś w tym wszystkim umyka nam jakże ważna kwestia: jak chronić nasz wzrok w czasach, gdy wpatrujemy się w ekrany nieraz i po paręnaście godzin na dobę?