Raz na jakiś czas branża mobilna przechodzi wielką rewolucję w zakresie wyświetlaczy. Z dość dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że odbywa się ona raz na 3-4 lata. Obecnie na topie są ekrany OLED. Czy wpiszą się one w historię na nieco dłuższy czas?

Słowem wstępu…

Dawno, dawno temu, w starych czasach, gdy telefony potrafiły wycisnąć nawet i tydzień na jednym cyklu ładowania, sprawa była bardzo prosta. Nikogo nie obchodziło to, z jakiego tworzywa wykonany jest ekran. Wynikało to z dość prostej rzeczy: pełnił on w dużej mierze funkcję reprezentatywną, a nawigacja odbywała się poprzez fizyczne przyciski. Te czasy szczęśliwie minęły, a wraz z nimi klienci zaczęli coraz uważniej zerkać na to, czy ekran wyróżnia się czymś ekstra.

Zaczęło się od matryc TN. Ach, ekrany oporowe. W sumie, to w nie się nie tapało palcem, ale biło się je tym nieszczęsnym opuszkiem. Byle tylko wejść w odpowiednią interakcję. Mam takie dziwne wrażenie, że na tym polu szczególnie zapisała się Nokia. W tych czasach firma miała na rynku tak mocną pozycję, że wiele innych marek w ciemno powieliło to rozwiązanie. Czemu? „Bo tak ma Nokia”. Przynajmniej takie wrażenie odnoszę po latach, patrząc na tą historię wstecz. Na szczęście, ktoś pomyślał i stwierdził, że można podejść do wyświetlacza nieco inaczej, czyniąc go o wiele bardziej intuicyjnym.

Witaj, LCD, cześć IPS, siema, AMOLEDzie!

Wielką nowością był zwykły, „dotykowy” ekran w pierwszym iPhonie. Zabawne, że te słowa wypowiadam (piszę) właśnie ja, bowiem przez wiele lat podśmiewałem się z tych urządzeń. Cóż, latka lecą i człowiek zaczyna patrzeć na to, co wykombinował sobie Steve Jobs nieco inaczej. Tak czy owak, okazało się nagle, że lekkie muśnięcie palcem ekranu może wywołać pożądaną reakcję. Że wcale nie trzeba okładać tego ekranu oporowego. To było coś, naprawdę.

Nie minęły dwa lata, gdy producenci wręcz rzucili się na rywalizację w ujęciu technologii wyświetlacza. Doczekaliśmy się wielu ciekawych wariantów matryc LCD, które często miały nieco rozbudowaną nazwę. Ot, choćby LCDv3 czy LCDv4. Te matryce wciąż są obecne na rynku, a o ile się nie mylę, obecnie mamy ich szóstą generację. Z każdą kolejną, poprawiano kąty, eliminowano poświatę czy jakże drażniącą w telefonach od Sony, siatkę digitizera, która szczególnie dawała się we znaki pod słońce. Mi ona niezbyt zawadzała, ale wielokrotnie słyszałem, że jestem w mniejszości.

IPS to już nieco inna para kaloszy. To, co wycisnął z tych matryc Huawei, to istny majstersztyk. Gdy w domu pojawił się pierwszy prawdziwy flagowiec tej firmy, Huawei P9, to byłem wręcz oczarowany tą technologią. Ekran nieco wystawał (wyświetlacz 2,5D) ponad bryłę, co dodatkowo potęgowało wrażenia wizualne. Nawet nie wiem, kiedy te matryce rozpowszechniły się na rynku. Wiem natomiast, że wciąż, mimo upływu lat, potrafią oczarować odbiorcę swoimi możliwościami.

No i wreszcie, mój kochany Samsung. A wraz z nim, AMOLED. Jasne, przydarzały się wpadki, jednak trudno wymienić firmy, które ich uniknęły. Do dziś nie dowierzam, jakim cudem ikonki w moim Note 2 (dolna belka nawigacyjna) mogły dosłownie się wypalić. Moje zdziwienie było naprawdę spore, jednak muszę przyznać, że nieskończony kontrast i ta idealna czerń miały i w sumie, to chyba wciąż mają w sobie coś ekstra. Producent dopieścił te wyświetlacze, efektem czego firma zaczęła dostarczać je także dla innych marek.

No i wreszcie, on. OLED

Wydaje mi się, że ukoronowaniem tych wszystkich lat nie są składane czy zginane wyświetlacze. Jasne, fajnie sobie popatrzeć jak taki telefon pracuje, jednak dla mnie brakuje tutaj tego efektu WOW. Z czystym sumieniem mogę natomiast stwierdzić, że w chwili, gdy po raz pierwszy w moje dłonie wpadł smartfon z OLED-em, byłem oczarowany. To jakby połączenie AMOLED-a ze wszystkimi mocnymi stronami matryc wykonanych w innych technologiach.

Jasne, pojawiły się choroby wieku dziecięcego, jednak te – ku mojemu zdziwieniu – zostały wyeliminowane bardzo szybko. Można wręcz stwierdzić, że lata doświadczenia nie poszły w las. W branży mobilnej to miła odmiana 😉 No i tak czasem myślę nad tym, czy aby nie szarpnać się na taki smartfon tylko dla wyświetlacza. Powstrzymuje mnie jednak jedna rzecz. O ironio, kasa może by się nawet znalazła. Dzięki Motoroli OLED jest dostępny za bardzo przystępne pieniądze. Swoje zrobił też LG i Sony.

Mam jednak takie nieodparte wrażenie, że o ile OLED jest po prostu świetnym przykładem na udaną ewolucję, o tyle jest to zaledwie kolejny krok. Na pewno w laboratoriach wielu firm już teraz trwają zaawansowane testy następcy. Może zatrzęsie on rynkiem, a może nie. Tego nie wiemy. Tak czy inaczej, chyba jednak jestem już zbyt świadomym konsumentem na to, aby złapać się na kolejną czasową modę. Oczywiście, miło popatrzeć na te idealnie nasycone kolory, jednak świadomość tego, że za rok, może dwa, zobaczymy coś jeszcze lepszego, skutecznie powstrzymuje mnie przed zakupem. Jak na ironię 😉