Przedwczoraj poznaliśmy flagowce od Huawei na obecny rok kalendarzowy. Oczywiście, mowa o linii P, która zwykle pojawiała się wczesną wiosną. Jeśli nic się nie zmieni, to na jesieni ujrzymy jeszcze topowe urządzenie z serii Mate. Wspólnym mianownikiem będzie zapewne 4-stronnie zagięty ekran. Tylko czy my go naprawdę potrzebujemy?

Słowem wstępu…

Modę na zagięte ekrany rozpoczął Samsung. Dawno temu, w czasach, gdy firma pokazała Galaxy S6 EDGE z jednostronnie zagiętą krawędzią, to było coś. Prawdziwa perełka. Do tego Samsung wtenczas pokusił się o naprawdę mocno wygiętą taflę wyświetlacza, efektem czego smartfon wyglądał obłędnie. Firma udoskonaliła ten pomysł przy debiucie Galaxy S7 EDGE, gdzie obie boczne krawędzie były zagięte. Sam telefon okazał się być wielkim sukcesem sprzedażowym.

Później – co może nieco dziwić – Koreańczycy nieco złagodzili kurs, bowiem zagięcia w S8, S9 i kolejnych urządzeniach, wliczając w to serię Note, były raczej minimalne. Jasne, można je wyczuć pod palcem, jednak nie wnosiły one wiele nowego i w mojej opinii skupiały się zwłaszcza na tym, by wyglądać. No, trochę pomagała aplikacja Panel Krawędziowy, ale jeśli często korzystało z niej więcej niż 10% użytkowników, to byłbym w ciężkim szoku. Wiem co mówię, zarówno jako posiadacz Galaxy S8 jak i Note’a 9.

Trend podłapali inni

Nie trzeba było czekać długo na to, aż ktoś podąży w ślad za Samsungiem. Kilka firm próbowało, ale na dłuższą metę na froncie pozostał chyba tylko Huawei. Sony od zawsze było w tego typu wynalazkach powściągliwe (i bardzo dobrze!), tak samo jak Motorola czy Apple. Xiaomi pokazało koncept urządzenia, gdzie ekran wręcz oblewa cały telefon, bardzo mocno zachodząc na plecka, jednak to w dużej mierze prototyp, którego wciąż nie można kupić.

A Huawei? Myślał, myślał i wymyślił. Czterostronnie zagięty ekran. Już nie tylko boczne ramki, ale także górna i dolna. Jest to pewnego rodzaju przełom, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że to kolejna wersja „przełomu wizualnego” czyli takiego, który nie daje użytkownikowi żadnych wymiernych korzyści. No bo jakie one miałyby być? Zwłaszcza w czasach, gdy ekrany w telefonach często są w formacie zbliżonym do 20:9, czyli są po prostu długie. Za długie, aby można było płynnie obsługiwać je jedną dłonią.

Chińczycy połączyli te zagięcia z obudową ceramiczną, więc o jakość wykonania można być więcej niż spokojnym. Jednocześnie, jest to dla mnie takie trochę symboliczne zamknięcie pewnej epoki. Była zagięta jedna ramka, były dwie, a teraz mamy komplet. Cztery na cztery. Na logikę, nic więcej z tej technologii nie można ulepić. Teraz można już ścigać się tylko na stopień zagięcia ramek. I coś mi podpowiada, że firmy podejmą to wyzwanie.

Liczy się good-look

Już jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że wielu producentów usiłuje tworzyć telefony przede wszystkim miłe dla oka, a nie nastawione na jakąś wybitną funkcjonalność. Nie odbierzcie mnie teraz źle. Te nowe funkcje są zazwyczaj świetne. Aparat w linii P40, ze szczególnym naciskiem na P40 Pro i Pro+ to perełki, które najpewniej są w ścisłej rynkowej elicie. Mimo wszystko, nie nadążam za tym trendem ulepszania rzeczy dobrych.

No bo w czym taki lekko zagięty ekran wygrywa ze swoim płaskim odpowiednikiem? Gesty czy aplikacje bocznego paska z powodzeniem można zainstalować i użytkować nawet na „płaskich smartfonach”, to nie żadna tajemnica. Do tego telefon w wersji flat naturalnie stwarza mniejsze ryzyko na uszkodzenie ekranu w razie upadku. No, ale trudno. Produkt musi przede wszystkim wyglądać. Staram się to zrozumieć i zaakceptować, jednak w branży mobilnej z roku na rok przychodzi mi to coraz trudniej.