Początkowo miałem na dzisiejszy felieton nieco inny pomysł. Do zmiany planów przyczyniło się samo życie, codzienność. Nie dalej jak kilka godzin temu byłem świadkiem tego, jak „smartfonowe zombie” niemal nie wpada pod koła samochodu. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, czy technologia może jakoś pomagać takim osobom.

Słowem wstępu…

Najważniejsza informacja jest taka, że „zombie” nic się nie stało. Na szczęście okazało się, że pojazd miał świetne hamulce, a prowadził go kierowca z dobrym refleksem. Mimo wszystko, niewiele brakowało, zwłaszcza, gdy patrzało się na zdarzenie z perspektywy osoby trzeciej. Nie ma jednoznacznie dobrej technologii i – z oczywistych względów – smartfony nie są odpowiedzią na całe zło otaczającego nas świata.

Warto jednak przez moment zastanowić się nad tym, czy technologia może w jakiś sposób pomóc osobom, które zapominają o całym otaczającym ich świecie, skupiając się na treściach, jakie widzą na ekranie swojego telefonu. Wydaje mi się, że tak. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że jest to proces, który w skali Europy może trwać dość długo. Polska czy Czechy to nie tylko parę większych miast, ale i ogromna ilość niedużych miasteczek czy wiosek, gdzie „smartfonowe zombie” również z czasem się pojawią.

Duże miasto, mały problem. Małe miasto…

Reguła jest taka, że w im większym ośrodku miejskim jesteśmy, tym większe są szanse na wdrożenie nowej technologii. Już nie raz słyszeliśmy o chodnikach stworzonych dla posiadaczy smartfonów. Są one umiejętnie oddzielone od ścieżek rowerowych, „zwykłego” chodnika czy jezdni. Każdy, kto zamierza iść do szkoły czy pracy z nosem w telefonie, wie, że w tym miejscu – przynajmniej w teorii – może czuć się w miarę bezpiecznie.

Bardzo sprzyjam tej idei. Nie dlatego, że sam jestem takim smartfonowym zombie, ale raczej z tego względu, że zdaję sobie sprawę z tego, że w przyszłości ilość takich osób będzie wzrastać. Wcale nie tak dawno temu spokojnie mogliśmy obejść się bez zerkania na telefon przez kilka dobrych godzin. Obecnie coraz trudniej wytrzymać choćby trzy kwadranse. Wiem co mówię, bo sam przyłapuję się na tym, że po smartfona sięgam dość często.

Jasne, mam milion wymówek, że przecież to same ważne tematy, jednak fakt pozostaje faktem: gdy idę pieszo i wyciągam komórkę, staję się o wiele bardziej bezbronny na zagrożenia z zewnątrz. Od rowerzystów, po innych pieszych, a na samochodach i autobusach kończąc. Problem ze zrozumieniem tego stanu rzeczy przez samorządy jest dość prosty. O ile władze wielu aglomeracji zaczęły już działać, by chronić takie osoby przez możliwymi problemami, o tyle w miasteczkach czy na wsi, problem zapewne nie został jeszcze nawet zdiagnozowany.

A zatem?

Gdyby ktoś dzisiaj zapytał mnie o to, czy smartfony generują wypadki, unikałbym jednoznacznej odpowiedzi. Raczej stwierdziłbym, że mogą one generować wypadki. Tak samo, jak rowery, deskorolki czy hulajnogi. Jest jednak pewna spora różnica. Jadąc na rowerze, pozostajecie w stałej interakcji z otoczeniem. Widzicie przeszkody, jakie są przed Wami i możecie zareagować. Problem ze smartfonami jest taki, że te wciągają nas do wirtuala, efektem czego wolniej reagujemy na bodźce z tego prawdziwego świata.

Wydaje mi się, że w najbliższych latach można spodziewać się wzrostu znaczenia urządzeń i aplikacji, które będą chronić użytkowników telefonów komórkowych przed otoczeniem…oraz otoczenie przed nimi. Aktywacja zielonego światła przez Bluetooth czy NFC, sygnały dźwiękowe czy powiadomienia na ekranie smartfona o zagrożeniach. To wszystko już zaczyna kiełkować. Niestety, na bardzo ograniczoną skalę.

Zakończę ten tekst pozytywnym akcentem. Kiedyś mówiło się, że prąd to wymysł. Nieco później, że telefon to zabawka dla znudzonych bogaczy. Może stopniowo, powoli, samorządy tych mniejszych miast i gmin zrozumieją, że świat poszedł do przodu i trzeba zmierzyć się z problemami, o których jeszcze dwie dekady temu nikomu się nawet nie śniło? Mam nadzieję, że tak będzie. Oby tylko czynnikiem napędzającym te zmiany nie była jakaś tragedia. Do roboty, samorządowcy!