Wcale nie tak dawno temu, przeglądając pewien popularny serwis społecznościowy natknąłem się na informację o nabożeństwie żałobnym. Nie powiem, zrobiło się dość dziwnie. Czyżby internet usiłował przeniknąć już nawet do tak delikatnej sfery naszej codzienności?

Słowem wstępu…

Gdy jakiś czas temu mówiłem osobie z rodziny, że w przyszłości będziemy komunikować się tylko przez internet, zostałem – nie owijając w bawełnę – niemal wyśmiany. Pamiętam, że było to w latach, kiedy triumfy święciło Gadu-Gadu, a Neostrada powoli budowała sobie w Polsce dość mocną pozycję. Zresztą, jako stary wyga, który pamięta logowanie do sieci przez 0202122, mogę z dość dużą pewnością siebie powiedzieć, że byłem internautą niemal od początku globalnej sieci danych w Polsce.

Oczywiście, w tamtych czasach bezapelacyjnie królował real, ale stopniowo, z roku na rok, z dekady na dekadę, oddawaliśmy sieci coraz to więcej wpływu na nasze życie, na codzienność. W chwili, gdy pojawiły się pierwsze pakiety danych dla telefonów komórkowych, a później smartfonów, można było już niemal w ciemno założyć, że lwia część komunikacji ze światem przenosi się do wirtualnego świata. Wydaje mi się, że przełom nastąpił gdzieś tak w okolicach 2015 roku. Właśnie wtedy rzeczywistość dla wielu osób stała się już tylko i wyłącznie tłem.

Internet jest świetny, ale…

Nie ma technologii jednoznacznie dobrej, przynajmniej tak mi się wydaje. Możemy doszukiwać się sprzętów, które robią co mogą, by ich odbiór społeczny był na wskroś pozytywny, jednak – naprawdę – trudno byłoby mi wymienić więcej niż kilkanaście takich urządzeń. Idąc tym tokiem dalej, nie sposób nie zauważyć, że internet na przestrzeni ostatnich lat także bardzo mocno ewoluował. Niestety, ale chyba jednak nie w tą stronę, w którą powinien.

W swoim zamyśle globalna sieć danych miała być apolityczna, wolna od granic i uprzedzeń. Wiecie, taka oaza wolności, do której każdy, kto gra fair, ma pełen dostęp. Po wielu latach stwierdzam, że z tej wspaniałej idei zostało już niewiele. Wciąż jest czego bronić, ale straciliśmy sporo z tego początkowego entuzjazmu. Zarówno my, jako użytkownicy, jak i my, jako osoby, które poprzez social media tworzą internet.

W chwili, gdy zobaczyłem przytoczone w tytule ogłoszenie o nabożeństwie żałobnym, zdałem sobie sprawę z tego, jak daleko zaszły sprawy. Chcę tutaj podkreślić, że nie ma w tym absolutnie nic złego. Po prostu wydaje mi się, że jeszcze 5-10 lat temu byłoby to nie do pomyślenia i mogło być odebrane dwojako. Obecnie mało kogo to dziwi, więc za kilka kolejnych lat może to być standard. Pewnego rodzaju rozwinięcie wirtualnego znicza [*], którego zapewne wielokrotnie stawialiście w komentarzach pod jakimś smutnym newsem o śmierci ważnej dla Was postaci.

Czy kolejne lata przyniosą dalsze pogłębianie cyfryzacji?

Wydaje mi się, że tak. Skoro już nawet tak odporne na innowacje instytucje, jak urzędy miast, przenoszą sporą część swojego modelu działania do sieci, to nie byłbym zdziwiony, gdyby za kilka lat było o wiele prościej załatwić sprawę w okienku, a nie przez internet. Zabawne, bo w pewnym sensie oznaczałoby to, że wielka rewolucja, która rozpoczęła się jakiś czas temu, już niemal się dokonała. Pakiety internetu są coraz większe, sieć jest coraz szerzej dostępna, a za sprawą łączności 5G stoimy właśnie u progu gigantycznych zmian.

Zaczynałem swoją przygodę z siecią jako jej wielki orędownik i entuzjasta. Prowadziłem wiele blogów i serwisów tematycznych, więc – w pewnym sensie – starałem się nie tylko uczestniczyć w życiu internautów, ale też chciałem je kreować. Po latach muszę stwierdzić, że była to postawa, jaką bez chwili zawahania powtórzyłbym jeszcze raz. Zauważam jednak, że nawet dla takiego entuzjasty jak ja, postęp zaczyna dziać się naprawdę szybko. Coraz trudniej nadążyć za wszystkimi tymi rewolucyjnymi zmianami. A trzeba nadążać, bo – cytując klasyka – kto stoi w miejscu, ten się cofa.

A w obecnych czasach pozostanie z tyłu, to nie tylko wykluczenie się z grona wielu znajomych, ale nawet z rynku pracy czy obiegu informacji. Jeśli ten stan rzeczy utrzyma się, to w bliskiej przyszłości internet może przestać być rozrywką, a stanie się obowiązkiem, takim samym jak chociażby praca. Nie wiem, czy takiego internetu chciałem. Ironia losu zdaje się polegać na tym, że nie odważę się z niego wycofać, żeby to sprawdzić w praktyce. Może więc sprawy zaszły już zbyt daleko?