Branża mobilna ma to do siebie, że czasem ewoluuje w sposób nieprzewidywalny. Z pewną satysfakcją mogę odnotować, że „czynnik ludzki” wciąż odgrywa sporą rolę w ostatecznym kształtowaniu produktów, jakie możemy kupić. Ot, choćby takich tabletów.

Słowem wstępu…

Pamiętacie początek ery tabletów? Ach, kiedy to było. Jeśli dobrze liczę, to te w miarę nowoczesne, napędzane przez Androida konstrukcje są już z nami ponad sześć lat. Rynek tabletów skrywa też pewną ciekawostkę. Podejrzewam, że raczej zgodzicie się ze stwierdzeniem, wedle którego za sporą częścią smartfonowych innowacji stoi Apple. A tu, proszę. Miła niespodzianka. Tablety w dużej mierze spopularyzował Samsung, który przez pewien czas niepodzielnie rządził i dzielił w tej branży.

Świat poszedł do przodu. Era tabletów napędzanych mobilnym Windowsem skończyła się niemal tak szybko, jak zaczęła (niestety), a wschodzący segment rynku nagle, z sobie znanych względów, drastycznie wyhamował. Na ten nagły zwrot akcji złożyło się wiele różnych czynników, jednak nie da się nie zauważyć tego, że – jak sugerowałem w pierwszym akapicie – największą robotę wykonaliśmy my, użytkownicy. Dlaczego?

Tablet czy duży smartfon?

Kiedyś wydawało się, że 5-calowy ekran w telefonie, to istne szaleństwo, przerost formy nad treścią. Wiadomo, słynna „patelnia przy uchu”. Odnoszę nieodparte wrażenie, że tablety przędły na rynku w miarę dobrze gdzieś tak do momentu, kiedy producenci smartfonów nie zorientowali się, że zwiększenie przekątnej ekranu można osiągnąć poprzez odchudzenie ramek obudowy. Wyścig rozpoczęło Xiaomi ze swoim rewolucyjnym Mi MIX’em, a po pewnym czasie byli w nim już niemal wszyscy.

I właśnie gdzieś w tym czasie sporo osób zaczęło odchodzić od tabletów. No bo skoro 6-calowe smartfony to już niemal codzienność, to po co komu 7-8 calowy ekran, który oferuje spora część tabletów. Oczywiście, wciąż mają one pewne grono zwolenników, jednak nie powiedziałbym, żeby ten rynek można było uznać za priorytetowy dla wielu firm. To dość dobrze pokazuje, w jakim miejscu się znajdujemy i dokąd – zapewne – będziemy zmierzać.

Nie sposób nie zauważyć też tego, że wiele marek chyba trochę na wyrost zakładało, że tablety będziemy wymieniać z niemal taką samą częstotliwością, jak telefony. Było to założenie błędne w swoich podstawach. Telefon komórkowy – z racji na to, że niemal zawsze mamy go ze sobą – jest stale narażony na różnego rodzaju uszkodzenia mechaniczne. Upadek z kieszeni na chodnik, zalanie cieczą czy kradzież. Tablet przeważnie leży w domu, gdzie ilość oddziałujących na niego czynników jest o wiele mniejsza. Znam wiele osób, które wciąż mają w swoich domostwach urządzenia, które powstały w 2016 roku. Paradoksalnie, trudno uświadczyć wielu telefonów z tego roku, prawda?

Czy są tu jacyś przegrani?

Wydawać by się mogło, że niska sprzedaż produktu, który miał tak mocne wejście w rynek, to tragedia wielu marek. Skłaniam się ku stwierdzeniu, że ilość dużych firm, które więcej straciły niż zyskały, można policzyć na palcach jednej, może dwóch rąk. Patrząc na ogrom branży mobilnej, nie są to porywające liczby. Szkoda mi Microsoftu, bowiem zawsze miałem słabość do tej firmy i nadal uważam, że ich system operacyjny naturalnie pasował do tych urządzeń.

Niemal wszystkie inne firmy wyciągnęły z tej lekcji bardzo proste wnioski i – zgodnie z oczekiwaniami – po prostu odrobiły sobie tę stratę na smartfonach. Było to jak najbardziej przewidywalne, bowiem – w mojej opinii – tablety zawsze miały być tylko dopełnieniem komórek, a nie ich naturalnym następcą. Dziś, w pierwszych tygodniach 2020 roku wciąż można spotkać ciekawe urządzenia tego typu, jednak ich premiery raczej nie porywają tłumów. Nieczęsto goszczą też one w reklamach telewizyjnych.

Czy to oznacza, że era tabletów niechybnie dobiega końca? Dyskutowałbym. Pamiętacie, jak kilka lat temu spekulowano, że rynek smartwatchy wkrótce padnie? Było naprawdę blisko, jednak dzięki kilku innowacjom, te urządzenia dostały swoją drugą szansę. Może nie w tym roku, jednak ktoś za pewien czas na pewno odgrzebie filozofię stworzenia tabletu idealnego. A jeśli rozpowszechni się łączność 5G i duże, składane ekrany, to nie będę zdziwiony, jeśli te urządzenia powrócą jeszcze w glorii i chwale 😉