Zdrowy tryb życia wymaga czasem inwestycji. Jeśli zamierzacie zająć się troską o swoje zdrowie na poważnie, to zakup smart-zegarka wydaje się nie tyle co opcją, co wręcz koniecznością. Zresztą, nie tylko sportowcy coraz częściej decydują się na tego typu sprzęt. Czy pośród wielu ofert różnych firm, warto zastanowić się na poważnie nad Fitbit Ionic? Zapraszam do recenzji.

Fitbit Ionic – jakość wykonania

Powiedzieć, że jest bardzo dobrze, to jak nic nie powiedzieć. Jakkolwiek to zabrzmi, pieniądz czuć już od wyjęcia urządzenia z pudełka. Uważam, że w tym ujęciu wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. Skoro wydajemy niemal tysiąc złotych na Ionica, to dobrze byłoby wiedzieć, że zegarek będzie prezentował się na naszym nadgarstku dostojnie. I w tym aspekcie Fitbit Ionic Was nie rozczaruje. Jestem o tym głęboko przekonany.

Pamiętajcie o tym, że nie jest to najmniejszy (ani nawet mały, trudny do zauważenia) zegarek. Cechuje się on grubością wynoszącą 12 mm podczas gdy średnica wynosi a 38 mm. Naprawdę, nawet na męskiej dłoni nie sposób przeoczyć Ionica. Szczególnie przedstawicielkom płci pięknej polecam przymierzyć urządzenie i zastanowić się nad tym, czy dokładnie takiego produktu dla siebie szukają.

Przekłamaniem byłoby stwierdzenie, że zegarek waży dużo lub że zawadza podczas wykonywania codziennych czynności. Ot, po prostu wyróżnia się „zauważalnymi” gabarytami. Dominują tworzywa sztuczne, które wydają się być całkiem dobrej jakości. Bardzo przekonał mnie do siebie pasek, choć zastosowany w nim mechanizm widziałem chyba po raz pierwszy w życiu. Koperta to stop metalu, a producent umieścił na niej tylko trzy przyciski nawigacyjne. Lubię minimalizm tego typu produktów, więc w tym aspekcie Ionic po raz kolejny bardzo mocno trafił w mój gust.

Wyświetlacz i bateria

Duża obudowa pozwoliła na zmieszczenie dużego ekranu. Producent zdecydował się na moduł wykonany w technologii LCD o przekątnej 1,42 cala. Rozdzielczość to 348×250 pikseli. Świetne wrażenie zostawia też po sobie szkło ochronne Gorilla Glass. To miły akcent, który dodatkowo podkreśla, że mówimy o sprzęcie dedykowanym dla profesjonalistów, dla osób, które świetnie zdają sobie sprawę z tego, że czasem podczas uprawiania sportów wyczynowych może powinąć nam się noga i możemy spotkać się z podłożem.

fot: własne

Doceniam to, co producent zrobił z interfejsem użytkownika. Przez moje dłonie przeszło niemało smartwatchy, a jednak zawsze z sentymentem wracam do Firbita. Czcionki są duże i czytelne. Nie trzeba ślepić, aby szybko zapoznać się z wybranymi komunikatami tekstowymi, które są prezentowane na ekranie. Poziom jasności maksymalnej uznaję za bardzo dobry. Nawet w słoneczny dzień można korzystać z urządzenia na bardzo wysokim poziomie komfortu. Brawo.

Co do akumulatora, tu też należy się pochwała. Niezbyt wierzyłem w te płomienne deklaracje o nawet o pięciu dniach z dala od ładowarki. Jasne, czasem zdarzało się, że udawało mi się rozładować urządzenie szybciej, jednak w ostatecznym rozrachunku mogę Was zapewnić co do tego, że te pięć dni jest w zasięgu. Jeśli jesteście sportowcami na tym nieco wyższym poziomie niż ja, liczcie widełki między 4 a 5 dni. Budujące, bo to wciąż świetne wyniki, zwłaszcza jak na smartwatch z tak dużym i tak jasnym ekranem.

Fitbit Ionic – oprogramowanie i funkcje zdrowotne

„Po co mi Ionic, skoro za 300-400 złotych mniej mogę kupić Versę” – podejrzewam, że wielu osobom taka myśl przejdzie przez głowę w trakcie lektury tej recenzji. Moi drodzy, czasem warto dołożyć i Ionic przekonuje mnie do tego całkiem mocno. Może nie w stu procentach, ale naprawdę, warto dokładnie rozważyć swoje opcje. Oprogramowanie w obu urządzeniach działa płynnie i tutaj nie za bardzo można napisać coś odkrywczego. Przez cały miesiąc testów nie wiem, czy odnotowałem jakiekolwiek problemy z urządzeniem lub z dedykowaną aplikacją zdrowotną na smartfona.

Ciekawie robi się wtedy, gdy skupimy się na różnicach między Versą a recenzowanym zegarkiem. Pozornie szału nie ma, jednak w praktyce, jestem pewien, że takie atrakcje, jak wbudowany moduł GPS to naprawdę wielki atut. W pewnym sensie możemy wręcz uwolnić od telefonu i wybrać się na trening tylko i wyłącznie z Fitbitem. Uważam, że wielu sportowców uzna tę cechę produktu za bardzo ważną, żeby nie powiedzieć kluczową.

fot: własne

Podoba mi się też duży wybór dedykowanych aplikacji oraz możliwość szybkiego doinstalowania szeregu ciekawych narzędzi. Pochwała wędruje też na konto urządzenia za obecność modułu NFC, który umożliwia realizowanie płatności zbliżeniowych. To kolejna rzecz, w której Fitbit pośrednio góruje nad smartfonem. Ostatecznie, wygodniej jest płacić zegarkiem, bo zawsze wiemy, gdzie go mamy, prawda? 🙂

Prztyczek w nos należy się za brak polskiego słownika w dedykowanej aplikacji na iPhone’a. To rzecz, którą programiści mogliby poprawić, tym bardziej, że nie wymaga to raczej wiele zachodu. Odczyty z pulsometra czy krokomierza określam mianem wiarygodnych. Porównałem puls z urządzeniem nabytym w aptece i różnice były znikome. Co do krokomierza, odczyty zwykle zazębiały się z tym, co wyświetlał mój smartfon. Czasem, zwłaszcza podczas chodzenia po schodach, Fitbit Ionic potrafił zliczyć kroki na naszą korzyść, jednak różnice określiłbym mianem akceptowalnych.

Czy warto kupić?

Moim zdaniem, raczej tak. Nie jest to urządzenie kompletne, jednak z czystym sumieniem mogę określić je mianem bardzo mocnej pozycji w portfolio Fitbita. Świetny design, wytrzymały pasek, Gorilla Glass 3 na ekranie i wiarygodne wyniki kluczowych informacji o stanie naszego zdrowia czy kondycji, to atuty same w sobie. Bardzo podoba mi się interfejs oraz elastyczność w dopasowaniu Ionica do indywidualnych preferencji użytkownika.

fot: własne

Po stronie zalet nie da się nie wymienić modułu GPS oraz NFC. Szanuję też producenta za to, że z tego niepozornego ekraniku zdołał wycisnąć tak dobry poziom jasności maksymalnej. Respect 😉 Pamiętajcie też o tym, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, urządzenie daje całkiem duży wybór tarcz. Jest też kompatybilne z większością aplikacji zdrowotnych. Jasne, platforma tego producenta nie jest tak dynamicznie rozwijana, jak Wear OS, jednak w ostatecznym rozrachunku jest naprawdę nieźle.

Wady? Coś się zawsze znajdzie. To, co irytowało najbardziej, to podświetlanie zegarka w nocy, gdy tylko się trochę poruszyłem. Wierzcie lub nie, ale nie ma nic bardziej irytującego niż snop światła bijący po oczach. Co ciekawe, zjawisko ustąpiło samoczynnie i od pewnej pory nie wróciło. Nie wiem, czym wyjaśnić ten ewenement. Nie obraziłbym się też na producenta, gdyby popracował trochę nad krokomierzem. Zwłaszcza wtedy, gdy sporo czasu zajmują nam wędrówki po schodach.

Mimo wszystko, Fitbit Ionic to naprawdę świetna konstrukcja, którą z czystym sumieniem polecam Wam się zainteresować 🙂