Wprowadzanie treści na urządzenia mobilne ewoluowało wraz z nimi. Rozpoczynaliśmy od dedykowanych, zazwyczaj ładnie oznaczonych przycisków, aż wylądowaliśmy na interfejsie dotykowym. Jaki będzie następny krok?

Słowem wstępu…

Gdy za jakiś czas będziemy przeglądać w sieci zdjęcia starych komórek, to ciekawi mnie, jak duży procent populacji będzie rozumiał, w jaki sposób ci dziwni ludzie w latach 90-tych XX wieku z nich korzystali. A bo to jakieś dziwne klawisze. Tu zielona słuchawka, tam czerwona, a tu jakiś dziwny joystick. No bo jak to, joystick w telefonie. Na dodatek tylko taki, który działa w czterech osiach? A jednak. Przeszliśmy przez te czasy i doskonale wiemy, jak nawigowało się taką archaiczną komórką.

Świat nie stał w miejscu. Z joysticków przeszliśmy na rysiki, dość nietypowe w swoich założeniach, suwaki, a nawet specjalne pokrętła nawigacyjne, które próbował rozkręcić Sony Ericsson, dzięki swojej autorskiej linii P9xx, niestety bez powodzenia. Metod było wiele, jednak świat oszalał na punkcie pewnego małego, niepozornego urządzenia, które z dumą prezentował światu Steve Jobs. Pod wieloma względami był to produkt wybitnie niedopracowany, jednak jakość interfejsu dotykowego, który nie bazował na rezystencyjnym ekranie oporowym, to było jak skok w przyszłość. Przyszłość, która nie dość że się przyjęła, to jeszcze zdominowała nasze postrzeganie smartfonów na wiele lat.

A zatem, interfejs dotykowy?

W kwestii obsługi smartfonów – od ery pierwszego iPhone’a – zmieniło się jednocześnie bardzo wiele i niemal nic. Wciąż tapamy palcem  w ekran, by w ten sposób wprowadzić tekst czy uruchomić interesujące nas aplikacje. Jasne, po drodze doczekaliśmy się wielu usprawnień, jednak raczej nie określiłbym ich mianem porażających nowości. Oczywiście, force touch, to spory upgrade ale na pewno nie jest to przełom.

To samo można powiedzieć o stopniowym upraszczaniu interfejsu Androida. W swoich początkach bazował on na czterech przyciskach funkcyjnych. Dość szybko udało się odchudzić tę ilość do trzech, by po jakimś czasie, w dużej mierze za sprawą gestów, przejść to jednego głównego przycisku oraz szeregu gestów. Generalnie, można zaobserwować w branży trend, gdzie odchodzimy od tapania palcem na ikony interfejsu, a raczej nakazuje się nam machać kciukiem to w lewo, to w prawo, czasem z góry na dół i odwrotnie.

Trudno o jednolite standardy, bowiem każdy producent ma własną wizję tego, jak zaoszczędzić te kilka sekund z naszego życia. Wiele zależy też od nakładki systemowej. Czasem ta jest podatna na modyfikacje i daje nam naprawdę duży wybór, a czasem zostajemy wręcz uwiązani do wizji, jaką wymyślił nam producent, bez dużego pola manewru. Wiele osób godzi się na to, bowiem nawigacja ma to do siebie, że łatwo się jej nauczyć. Wynika to z prostej zależności: tak czy inaczej, w swoich podwalinach odwołuje się ona do tego, co zawdzięczamy pierwszemu iPhone’owi.

Przyszłość?

Były już nieśmiałe przymiarki do zmiany stanu rzeczy. Niektóre smartfony śledzą nasz wzrok i starają się do ruchu naszych gałek ocznych dopasować na przykład przewijanie długiego tekstu na stronie. Uwalnia to nasze dłonie, więc można tu mówić o małym przełomie. Mimo tego, że miałem przyjemność eksperymentować z tą formą nawigacji, wciąż uważam ją za niedoskonałą. Widać postęp, jednak wciąż jest bardzo dużo do zrobienia.

Nawigacja wzrokiem nie jest też odpowiedzią na pytanie, jak sobie poradzić, gdy na przykład musimy jednocześnie wybrać numer telefonu, a nasze spojrzenie musi być skupione na czymś innym, na przykład na monitorze. Nawigacja głosowa, którą w Polsce spopularyzował zwłaszcza Asystent Google jest pewną odpowiedzią na to pytanie, jednak to także nie jest panaceum, które zastępuje interfejs dotykowy w skali jeden do jednego.

Przyszłość nawigacji smartfonem najpewniej będzie wymagała przedefiniowania urządzenia, jakie dzisiaj znamy. Czasem pojawiają się plotki o udanych eksperymentach z nawigacją drogą kostną. Istnieje wiele opracowań naukowych na ten temat, jednak potrzeba tutaj przede wszystkim jednego: czasu. Filmy sci-fi sugerują, że na interfejs obsługiwany falami mózgowymi też sobie jeszcze trochę poczekamy. Nie zdziwię się, jeśli w kolejną dekadę wejdziemy ze smartfonem, który będzie miał potężną moc obliczeniową, a jednocześnie będzie wykorzystywał nawigację po systemie, która będzie tylko rozwinięciem tego, co Steve Jobs zaproponował światu w 2007 roku.

Czy to źle? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć samodzielnie.