Żyjemy w czasach, kiedy z każdej możliwej strony wręcz wmusza się nam kupowanie czegoś. Bo lepsze, bo nowsze, bo ma więcej megaherców czy megapikseli. A co, jeśli czasem lepszym wyborem jest cierpliwość i zaczekanie na aktualizację?

Słowem wstępu…

Od wielu lat stałem na stanowisku, wedle którego nowy telefon to nowości, których absolutnie potrzebuję. Wiadomo, nowsza wersja oprogramowania, przywołany we wstępie, lepszy aparat czy więcej pamięci RAM. System połknął mnie dość mocno, dlatego też – nie owijając w bawełnę – było to dość drogie hobby. Ostatecznie, czasy, kiedy flagowiec kosztował mniej niż dwa tysiące złotych raczej minęły kilka lat temu. Oczywiście, chlubnym wyjątkiem jest Xiaomi Mi 9, jednak konkurencja w tym jednym aspekcie nie zdecydowała się ścigać z Chińczykami.

Tak czy inaczej, dopiero od pewnego czasu nauczyłem się patrzeć na smartfony nieco szerzej, rzekłbym, że globalnie. Skoro te wszystkie aktualizacje dają tak wiele, to może w pewnym sensie niwelują one sens zakupu kolejnej nowości? Teraz, w 2020 roku, wydaje mi się to dość oczywiste, jednak jeszcze dwa-trzy lata temu, nigdy nie postawiłbym się w roli obrońcy tak odważnej tezy. Tak czy inaczej, moje zapatrywanie się na możliwości, jakie realnie daje samo oprogramowanie, ewoluowało dość znacząco. A wraz z tą ewolucją przyszły realne oszczędności na koncie bankowym.

Ceny flagowców już dawno odleciały w kosmos

Jakiś czas temu śmiałem się, że żaden producent poza Apple nie przekroczy kwoty 3500 złotych za nowy telefon. Było to w tych pięknych czasach, kiedy za solidnego, rzetelnie wykonanego flagowca trzeba było zapłacić 2999 złotych. Wiecie, taka psychologiczna sztuczka, że niby wciąż z przodu znajduje się „dwójka”, którą więcej osób będzie w stanie zaakceptować. Niestety, ale kolejne lata pokazały, jak bardzo nie doceniłem producentów.

Obecnie zdarza się przecież, że za najlepszy telefon w portfolio wybranej firmy trzeba wyłożyć na stół niemal pięć tysięcy. Są to oczywiście przypadki odosobnione, jednak cztery tysiące peelenów powoli stają się standardem. To sporo pieniędzy. W tym miejscu docieramy wreszcie do aktualizacji. Wiecie, jakie są trzy główne zalety aktualizacji dla flagowców? Chętnie odpowiem:

  • są darmowe,
  • pojawiają się w miarę często…
  • …i wnoszą realne usprawnienia, nowości.

Jakiś czas temu byłem bardzo blisko, by sprzedać swojego Note’a 9. Nie było żadnej ważnej przyczyny. Po prostu na chwilę powróciło moje stare, konsumpcyjne oblicze, które wyszło z ambitnego założenia, wedle którego potrzebuję telefonu NAJ. Najlepszego, z najgłośniejszą stereofonią i absolutnie kosmicznym aparatem, no bo przecież bawiąc się w fotki produktowe, muszę mieć w kieszeni wszystkie dokonania inżynierów, jakie udało się zmieścić w moim upatrzonym telefonie.

Na szczęście w porę przyszło opamiętanie. Nie ukrywam, że dużą rolę w rezygnacji z zakupu nowego smartfona odegrała właśnie aktualizacja oprogramowania układowego. Jakiś czas temu Samsung wypuścił łatkę, która wreszcie sprawiła, że tryb nocny w moim Notatniku działa tak, jak działać powinien. Zdjęcia nagle zaczęły wychodzić ostre, dobrze doświetlone, no, po prostu rewelacja. Nie ukrywam, że do dziś jestem Samsungowi wdzięczny za ren update.

Gdzieś po drodze wpadło kilka innych nowości, które sprawiły, że interfejs OneUI nabrał nowego życia i po prostu stał się jeszcze lepszy, jeszcze bardziej wydajny. I to wszystko bez wychodzenia z domu, bez płacenia ani złotówki. Nie powiem, przywróciło mi to pewną wiarę w Androida oraz podatność tego systemu na usprawnienia. Pokazuje to jednocześnie, że Google podąża w dobrym dla nas – użytkowników – kierunku.

Aktualizować czy kupować?

Oczywiście, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Mimo tego, że zdjęcia z mojego Note’a 9 wychodzą teraz nieco lepiej, wiem, że ten stan rzeczy nie jest dany na zawsze. Problemem Androida jest to, że ma on dość krótką żywotność. Zwykle przez dwa lata pojawiają się duże uaktualnienia, które wnoszą realne nowości, a później można już co najwyżej liczyć na łatki bezpieczeństwa. Przyczyna jest banalnie prosta – producent zarabia na sprzedaży nowych smartfonów, a nie na aktualizacjach.

Czasem chciałbym, aby pojawiła się płatna usługa, w ramach której mógłbym wykupić sobie na przykład dodatkowe, roczne wsparcie aktualizacjami „all inclusive”.Wiecie, żebym wciąż dostawał jakieś fajne usprawnienia czy nowości, które wnoszą coś ekstra. Nowe smartfony nie przemawiają do mnie pod kątem stylistycznym. Nie rozumiem zasadności tworzenia dziurek w ekranie na kamerę selfie. To mnie po prostu przerasta i nie chcę mieć takiego telefonu.

Obawiam się jednak, że za pewien czas nie będę miał wyjścia, bowiem – jak pisałem wcześniej – producent powie mi sayonara i zostanę postawiony przed tym samym wyborem co zawsze. Kupuj nową zabawkę, albo licz się z tym, że teraz nie jesteś już dla nas klientem z najwyższego priorytetu. Dobrze, że będę miał chociaż trochę zaoszczędzonych złotówek za te wszystkie telefony, których nie kupiłem, ciesząc się z kolejnych co ciekawszych uaktualnień Androida.