Raz na jakiś czas musi przyjść ten dramatyczny dzień, gdy zapada decyzja o remoncie. Jeśli uda się załatwić ekipę lub trafiło na fachowca z krwi i kości, nie jest źle. Jeśli jednak nie jest to zupełnie Wasz świat, sytuacja staje się podbramkowa. Na szczęście, z odsieczą przychodzi smartfon!

Słowem wstępu…

Uważam, że smartfony – jak na swoją specyfikację techniczną – dają nam dość mało. Nie raz i nie dwa razy Wam o tym pisałem. Dziś okazało się jednak, że są sytuacje, kiedy potrafią one uratować nasze cztery litery. Sytuacja podbramkowa. Cały dom w folii ochronnej. Laptop odgrodzony ode mnie kilkoma przestawionymi meblami, komputer PC wyłączony z prądu, bo blisko niego stało wiadro z wodą. Żeby było jeszcze zabawniej, monitor schowany do komórki, bo zawadzał. A tu nagle wyskakuje problem.

W moim przypadku tym problemem okazało się być „nie zazębianie się” gruntu. Coś poszło nie tak, mimo tego, że stosowałem się do instrukcji krok w krok. Trudno, bywa. Nie obwiniam nawet producenta, bo raczej dopuszczam wariant, że to ja coś zrobiłem źle. Trzeba było jednak próbować ratować ten remont. No i co zrobić? Na szczęście, z pomocą przyszedł niezawodny YouTube i filmiki, jakie wrzucają tam fachowcy. A te udało się odtworzyć właśnie na smartfonie.

Drugie życie dla remontu

Nie powiem, walka była długa, pełna dyskusji i szeregu wątpliwości, ale po zastosowaniu się do kilku porad, na jakie sami byśmy z żoną nigdy nie wpadli, wyciągnęliśmy jakoś ten grunt. Nie skończyło się na jednym filmiku. Później zapoznaliśmy się z ciekawym materiałem o tym, jak zagruntować ściany jak najszybciej. Droga do malowania ich, to już w dużej mierze zerkanie na malutki ekran smartfona, żeby jak najbardziej uprościć sobie pracę.

Naprawdę, jeśli ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że to właśnie telefon komórkowy uratuje mi remont i że nie będzie chodziło o telefon do fachowca czy do teścia, to zapewne bym się tylko grzecznie uśmiechnął. To niesamowite, jak bardzo technologia wpływa na nasze życie i jak duża jest rola społeczności. Gdybym wszedł tylko na stronę producenta, nie miałoby to niemal żadnego sensu. Co najwyżej zobaczyłbym tę samą ulotkę i instrukcję obsługi w PDF-ie, na jaką mogłem sobie popatrzeć na opakowaniu.

Internet = społeczność

W sieci kwitnie wiele społeczności użytkowników. Część z nich z czasem upada, a część rozrasta się i ewoluuje lub też broni przed konkurencją. Długo wymieniać, ale jedną z najciekawszych jest oczywiście grupa wolontariuszy – bo tak trzeba nazwać te osoby – które tworzą Wikipedię, dzięki które za darmo mamy dostęp do ogromnej ilości wiedzy. YouTube zrewolucjonizował poradniki, bowiem możemy o czymś nie tylko poczytać, ale też zobaczyć wybrane rozwiązania w akcji.

Zabawne, że w chwili, gdy Google uruchamiało ten serwis, nie miało na niego podobno większego pomysłu. Kluczem do sukcesu okazaliśmy się my – społeczność. Można tam znaleźć domorosłych muzyków, wielu obiektywnych recenzentów, a nawet standuperów czy osoby, które za friko dzielą się swoją wiedzą z różnych dziedzin z innymi. No, może nie do końca za friko, ale generalnie, te kilka reklam można przecież zobaczyć, prawda?

Tak czy inaczej, nie wiem, czy kolejnego remontu – oby nie nadszedł zbyt szybko – nie będę planował w zupełnie inny sposób. Oczywiście, wciąż trzeba zainwestować górę czasu w przygotowania po stronie mieszkania i umeblowania, jednak instrukcje staną się dla mnie co najwyżej dodatkiem. Po prostu wpiszę w wyszukiwarkę na YouTube interesujące mnie frazy i krok po kroku, spróbuję je odtworzyć, oszczędzając przy tym sporo swojego czasu, który można później przeznaczyć na wiele innych rzeczy 😉