Czasem każdy musi odwiedzić przychodnię zdrowia. Udajemy się tam z wielu różnych powodów. Od badań okresowych, przez sezonowe infekcje, po sprawy związane z chorobami przewlekłymi. Warto zauważyć, że na przestrzeni ostatnich lat coraz częściej przychodzimy do lekarza nie dość, że wyedukowani, to jeszcze z gotową diagnozą. A to jest już niepokojące.

Słowem wstępu…

Niemal każdy mój znajomy czy moja znajoma prędzej czy później uległ presji i – w chwili, gdy poczuł się gorzej – wpisał swoje objawy w wyszukiwarkę internetową. Kiedyś z wykorzystaniem komputera, a od pewnego czasu, przez smartfona. W sumie, bez znaczenia, czy z iOS’em od Apple, z Androidem czy może nawet z Windowsem. Wyszukiwarka, wirtualna klawiatura, kilka kliknięć i voilla świat medycyny stoi przed nami otworem.

Warto jednak zauważyć, że możliwość przeczytania artykułu czy dwóch, nie czyni z nas lekarzy. Wiecie, tych gości, którzy muszą uczyć się przez wiele dobrych lat, zanim zostaną choćby dopuszczeni do diagnostyki pacjenta. Dobrym przykładem, który potwierdza, że maszyny wciąż nie potrafią nas samodzielnie diagnozować – zwłaszcza na odległość – jest usługa Dr Google. Jakiś czas temu była ona zapowiadana dość hucznie. Na dziś dzień podejrzewam, że niemal nikt z Was o niej nie słyszał.

Objawy choroby + wyszukiwarka = kłopoty?

Byłoby grzechem stwierdzić, że portale, gdzie możemy przeczytać o wybranych chorobach to zło samo w sobie. To kłamstwo i trzeba to tutaj wprost powiedzieć. Wydaje mi się jednak, że bardzo dużo osób zapomina o tym, że w chwili, gdy czyta jakąś publikację, którą sobie wcześniej wyguglowało po objawach, często nawet nie czyta tekstu pisanego przez osobę, która w swoim życiu ukończyła kurs pierwszej pomocy.

Czy tego chcemy czy nie, dość często są to teksty redagowane pod SEO, które po prostu mają się dobrze przeklikać i na możliwie długi czas przykuć naszą uwagę. A jeśli nagle zdacie sobie sprawę z tego, że od podejrzeń grypy żołądkowej dotarliście do strony, która informuje o tym, że najprawdopodobniej zagraża Wam jakaś nieuleczalna choroba, to… odnieśliście porażkę. Paradoksalnie, oznacza to, że redaktor, który tworzył tekst, wygrał.

Dlaczego? Po pierwsze, zostaliście na stronie dłużej. Poczytaliście cały tekst uważnie, a następnie klikaliście kolejne linki (czyli zazwyczaj, nazwy chorób) i czytaliście dalej i dalej. Coś mi podpowiada, że od takiego czytania raczej nie staliście się zdrowsi. Mało tego, nie będę zdziwiony, jeśli niejedna osoba po lekturze tekstu czuła się gorzej niż przed jego rozpoczęciem. To uczucie, gdy „wszystkie objawy pasują” to ten moment, kiedy lepiej byłoby odłożyć smartfon i dla bezpieczeństwa dezaktywować w nim internet.

Samodiagnoza?

Wszyscy wiemy, że służba zdrowia w Polsce jest daleka od idealnej. Swoje trzeba odstać, a niektóre terminy są tak odległe, że nawet żarty o tych poszczególnych lekarzach, to taki trochę śmiech przez łzy. Mimo wszystko, mam nadzieję, że zawsze wybierzecie konsultację lekarską, a nie anonimową poradę czy swoją intuicję. Jasne, sam wiele razy wyszukiwałem poszczególnych objawów gdy czułem się gorzej. Powiem więcej, kilka razy trafiłem nawet z diagnozą.

Mimo wszystko, nie odważyłbym się leczyć na własną rękę, choćby bez konsultacji z lekarzem pierwszego kontaktu. Ostatecznie, nie każdy kaszel zwiastuje zapalenie płuc, a nie każde pobolewanie w plecach to oznaka poważnej choroby, prawda? Piszę ten artykuł w szczycie tegorocznych zachorowań na grypę. I mam tutaj „dwie nadzieje”. Po pierwsze, że jesteście zdrowi i że tak pozostanie. Po drugie, że – gdy tylko poczujecie się gorzej – wyrobicie sobie bardzo prosty schemat. Wziąć smartfona w rękę, zadzwonić do lekarza i umówić się na wizytę. W miarę możliwości, bez czytania o tym, jakie choroby mogą Wam zagrażać.

Zdrówka! 🙂