Pamiętacie, jak trzy-cztery lata temu byliśmy świadkami „wojny na rdzenie”? Kto miał więcej, temu było łatwiej o atencję i zwiększenie zainteresowania użytkowników. Czy ten trend wciąż ma rację bytu?

Słowem wstępu…

Nie ukrywam, do pewnego czasu sam zachwycałem się tą wojną na rdzenie. Procesory dwurdzeniowe, potem czterordzeniowe… ewolucja postępowała zaskakująco szybko. W chwili, gdy smartfony dobiły do 4 GB pamięci RAM zacząłem po cichu zastanawiać się nad tym, kiedy staną się one pełnoprawnymi komputerami, bowiem w tamtych czasach dokładnie taką samą ilość pamięci RAM oferowały też laptopy ze średniej półki cenowej.

Miałem takiego właśnie laptopa. Urządzenie od Lenovo, które zawsze będę wspominał bardzo ciepło. 4 GB RAM, jakiś niezbyt wyszukany procesor – bo tak po prawdzie, był to raczej ultrabook, a nie laptop, który waży parę dobrych kilogramów – i zintegrowaną grafikę. Na tym sprzęcie przez lata montowałem wideo w Full HD, ale i grałem w sporą ilość gier. Jasne, co bardziej zaawansowane tytuły raczej nie nadawały się do zabawy, ale na nudę nie mona było narzekać. A smartfon? No cóż…

Jakim cudem smartfony wciąż są w tyle za laptopami?

W dobie premier urządzeń, które bez trudu mieszczą w sobie 8, a czasem i 10 GB pamięci RAM i super-nowoczesne, wykonane w jakimś 8-nm procesie technologicznym smartfony wciąż są tylko dodatkiem do naszego życia? Czasem mam jednak wrażenie, że ten cały trend to jedna wielka ściema. Piszę ten tekst z laptopa, który napędza Inteli Core i7, który działa w asyście 8 GB RAM. Konstrukcja ma już jakieś dobre dwa lata. I wiecie co? Mój smartfon, mimo tego, że ma lepszą specyfikację, to pozwala na o wiele mniej.

Jakie funkcje w nowoczesnych telefonach wymagają aż takiego rezerwuaru mocy? Szczerze mówiąc, nie wiem. Aparat? Jeśli tak, to jakim cudem te wszystkie starsze telefony działały tak dobrze? A może to Android stał się bardziej zasobożerny niż Windows 10? Jeśli tak, byłby to pewnego rodzaju chichot historii. Android to taki trochę Linux na sterydach. Jeśli Linux zaczął wymagać do działania więcej zasobów niż ekosystem od Microsoftu, to Bill Gates może tylko ironicznie się uśmiechnąć w stronę Linusa Towardsa.

Zmiany? No nie sądzę

Zwracam też Waszą uwagę na jedną rzecz. Niemal wszystkie firmy pozbyły się daleko idącej kompatybilności z peryferiami. Jasne, są chlubne wyjątki (pozdro, Samsungu!) ale czasem nie da się nie oprzeć wrażeniu, że smartfony powoli zaczynają pożerać same siebie. Od kilku lat ewolucja ustąpiła miejsca pozornym nowościom, z których korzystamy coraz rzadziej. To takie trochę odgrzewane kotlety, które kosztują horrendalnie dużo pieniędzy, a w codziennym użytkowaniu zazwyczaj dają mi mniej możliwości niż laptop, nawet taki budżetowy.

Niestety, ale życie nie składa się tylko i wyłącznie z social mediów, rozrywki oraz prostych gier typu tap to win (lub pay2win) od których aż roi się w popularnych sklepach z aplikacjami. Czasem trzeba usiąść, zakasać rękawy i trochę popracować. I pomimo kilku prób, jestem absolutnie pewien tego, że nawet najmocniejszy telefon komórkowy nie da mi napisać tekstu tak szybko, jak jakiś rzęch, który pracuje na Windowsie XP.

Zatem, po co te wszystkie innowacje? Sam się nad tym zastanawiam i – niestety – nie potrafię udzielić precyzyjnej odpowiedzi.