Wielu z nas przeniosło swoją aktywność zawodową do domu. Nie wszystkim ta zmiana przyszła łatwo. No, ale jak trzeba to trzeba. Warto jednak zwrócić uwagę na jedną, dość ważną kwestię. O wiele częściej słyszy się w mediach o tym, że praca zdalna w wielu przypadkach nie wypaliła, jednak nieczęsto punktuje się brak nowoczesnego smartfona, który – choćby w części – pozwoliłby na wykonanie odpowiednich zadań.

Słowem wstępu…

Zaledwie kilka dni temu pisałem Wam, że laptop za mniej niż 1500 złotych bije na głowę pod względem możliwości pracy nawet najdroższy telefon. Podtrzymuję tę tezę. Warto jednak zastanowić się nad tym, co z osobami, których komputery nie są kompatybilne z – na przykład – edukacją zdalną. Czasem ktoś szarpnie się na kredyt i kupi takie urządzenie, a czasem nie. Czasem ktoś pomoże – na przykład szkoła lub jakaś fundacja – a czasem nie. A co jeśli odpowiedź na te wszystkie dylematy znajduje się w kieszeni niemal każdego z nas?

Wydaje mi się, że niedoceniane i pogardzane w pracy zdalnej smartfony, nad którymi zresztą sam się ostatnio pastwiłem, mogą spróbować odmienić swój PR, który dla wielu osób definiuje je jako zabawki do robienia zdjęć, przeglądania fejsa i sprawdzania poczty. Ostatecznie, nie po to płacimy za nie całkiem spore kwoty, by teraz miały one okazać się być totalnie nieprzydatne, prawda? Nikt nie mówi o zastąpieniu laptopa w skali jeden do jednego, ale może warto spróbować?

Kamerka, system, specyfikacja

Te trzy rzeczy pojawiają się na forach dyskusyjnych dość często. Rodzice lub uczniowie uskarżają się na to, że ich domowe komputery albo nie mają kamerki, albo ich system ledwo zipie i nie radzi sobie z nowoczesnym oprogramowaniem, albo – co pośrednio zahacza o poprzedni punkt – pamięci RAM jest za mało, grafika zbyt słaba, a dysk twardy ledwo wiąże koniec z końcem. Czy tego chcemy czy nie, w wielu domach to wciąż dość powszechne problemy.

W tym samym czasie, wielu nastolatków w kieszeni nosi urządzenia, które już od lata mają wbudowaną kamerkę selfie. Mało tego, oferują stosunkowo nowy system operacyjny, a za sprawą szerokiej kompatybilności oprogramowania ze Sklepu Play, znika problem z niezbyt dobrą specyfikacją techniczną. Nie wiem, jak słaby musiałby być smartfon, aby nie uciągnąć połączenia na Skype, Hangoutsach czy jakiejś innej aplikacji.

Oczywiście, odrabianie lekcji czy pisanie długich tekstów na małej klawiaturce to droga przez mękę, ale to idealny moment, by spróbować zrobić wielki eksperyment: czy telefon komórkowy może choćby w 30% zastąpić leciwego laptopa na Windowsie lub Linuxie. Warunki sprzyjają takim działaniom, bowiem wszyscy dopiero uczymy się tego, jak należy zachować się w erze zagrożenia COVID-19. Jeśli się nie uda, trudno. Jeśli uda… no, nie zdziwiłbym się, gdyby sprzedaż smartfonów nieco wzrosła. Może też wreszcie przełamałyby one opinię naszpikowanych zbędnymi rozwiązaniami, urządzeń.

Nie od razu Rzym zbudowano

Załóżmy, że uczeń lub osoba pracująca musi użyć aplikacji Microsoft Teams do spotkania. Program jest dostępny w Sklepie Play, a po stronie wymagań technicznych stoi tylko jedna uwaga: Android 4.4 lub nowszy. W 2020 roku to niemal oczywiste, że zdecydowana większość posiadaczy smartfonów w Polsce pracuje na Androidzie… no, załóżmy negatywny wariant, wyższym niż 6.0. Oznacza to, że może nie w super komfortowych warunkach, ale bez zbędnego narzekania na brak kamerki w laptopie, możecie wziąć udział w takim spotkaniu.

Paradoksalnie, wiele innych zadań też można wykonać zdalnie. Darmowe Google Docs aż proszą się o użycie. Później już tylko wysłanie sobie mailem pliku, by z poziomu aplikacji na telefon przesłać go do swojego zespołu w Teams czy innej usłudze. Można? Jak najbardziej. Oczywiście, wymogiem jest dostęp do choćby względnie szybkiego internetu, jednak to temat na zupełnie inny felieton. Tak czy inaczej, telefony komórkowe mają właśnie wielką szansę, by spróbować zdetronizować laptopy nie tylko w kategorii sprzętów rozrywkowych, ale i takich, które są przeznaczone do pracy.