Jakiś czas temu zachwycałem się zagiętymi ekranami w smartfonach. Precyzując, w urządzeniach od Samsunga, bo to właśnie ten producent wprowadził tę funkcję na salony. Z biegiem czasu ekran krawędziowy zaczęło stosować wiele firm. W czym tkwi jego fenomen?

Słowem wstępu…

Gdy po raz pierwszy miałem przyjemność testować Samsunga Galaxy S7 EDGE, zagięty ekran wydał mi się być ciekawostką. Ot, takie fajne urozmaicenie i pokazanie siły technologii. Mimo wszystko, oceniając tę premierę z perspektywy czasu, skłaniam się raczej ku stwierdzeniu, że Samsung chyba jednak nie chciał rewolucjonizować branży wyświetlaczy na wielką skalę. Wystarczy tylko przypomnieć, że wraz z Galaxy S7 EDGE zadebiutował też „zwykły, płaski: Samsung Galaxy S7.

Mimo wszystko, dość agresywnie zagięty wyświetlacz został przyjęty przez rynek całkiem ciepło. Wiele osób się nim zachwycało, a producent nie zapomniał też o kilku ciekawych funkcjach, które sprawiały, że ta funkcja stała się czymś więcej, niż zwykłym bajerem. Mowa oczywiście o świetnej w swoim działaniu aplikacji EDGE Sense. Tak czy inaczej, niesiony falą popularności producent podjął bardzo odważną decyzję i już rok później postawił na dwustronnie zagięty ekran, gdzie jedynym kompromisem było nieco łagodniejsze wyprofilowanie ów zagięcia. I wiecie co? Wielu użytkowników pokochało tak wykonany wyświetlacz.

Jaki jest ekran, każdy widzi

Wydaje mi się, że miarą sukcesu zagiętego ekranu jest to, jak szybko rozpowszechnił się on po branży smartfonów. Mniej znani producenci niemal od razu rzucili się do tworzenia swoich własnych wersji EDGE-owego ekranu. Główni rywale Samsunga potrzebowali nieco więcej czasu, jednak ostatecznie nawet taki Huawei poszedł w zagięte ramki w swoich telefonach. Dziś wiemy też, że Xiaomi także zdecydowało się na tego typu eksperyment, choć akurat ta marka broniła się imponująco długo.

Wydaje mi się, że dość niespodziewanie ta technologia znalazła się nawet u tak zachowawczej i zdystansowanej od nowinek technicznych firmy, jak Sony. Tak, nawet Japończycy ulegli presji i stworzyli flagową Xperię z zagiętym wyświetlaczem. Oczywiście, każdy kombinował nad autorskimi trybami pracy ramek po swojemu. Samsung miał EDGE Sense, HTC postawiło na półśrodek w postaci dotykowych ramek… długo by wymieniać. Tak czy inaczej, producenci pokochali tę funkcję.

Czas leci, a zagięty ekran wciąż daje mi bardzo mało

Pamiętacie, jak w poprzednich akapitach pisałem Wam, że EDGE Sense to dla mnie mistrzowska, świetna funkcja? Wciąż podtrzymuję tę opinię. Nie zmienia to jednak faktu, że z biegiem czasu korzystałem z tego trybu coraz rzadziej. W Galaxy S8 zdarzało mi się tam jeszcze zerkać. W Note 9 to raczej przypadkowe przesunięcia palcem, bo szkoda mi wyłączać tę aplikację. To takie trochę cyfrowe zbieractwo: „a może kiedyś mi się przyda, to sobie zostawię”.

Wydaje mi się, że takich osób jak ja jest nieco więcej. Widzimy potencjał funkcji, ale nieczęsto znajdujemy dla niej zastosowanie w realnym życiu. Zresztą, powiedzmy to sobie szczerze, boczną belkę z aplikacjami można w niemal taki sam sposób wywołać na zwykłym, „płaskim” ekranie. Deweloperzy udowodnili to już jakiś czas temu. Zatem, co sprawia, że zagięty ekran wciąż cieszy się tak dużą popularnością?

Wydaje mi się, że jest to kolejny przykład, którym można obronić tezę, wedle której uroda zaważyła nad wyrachowaniem i pragmatyzmem. Jasne, taki ekran o wiele łatwiej stłuc. Druga rzecz, szkła ochronne nie pokrywają go w pełni. Po trzecie, folia ochronna na wyświetlacz miewa problemy z tym, aby utrzymać się na zagięciu ekranu przez dłuższy czas. No, ale wygląda ładnie. I to jest chyba ta główna przyczyna. Niestety.