Przyjęło się uważać, że rynek nie może obejść się bez tych najtańszych telefonów komórkowych. Precyzując, tych, które tak często możemy odnaleźć w ofertach operatorów. Czy aby na pewno?

Słowem wstępu…

Gdyby trzy lata temu ktoś powiedział mi, że rynek smartfonów może funkcjonować bez tych najtańszych urządzeń, nie uwierzyłbym. Zresztą, zapewne uśmiałbym się przy tym przednio. Na szczęście, zmiany następują tak szybko, że dziś coraz to trudniej spotkać osoby, które mają w dłoni urządzenia z tej najniższej półki cenowej. Jasne, wciąż się zdarzają, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że w ciągu najbliższych dwóch lat będzie takich osób już naprawdę mało.

Jak pisałem Wam wielokrotnie, kluczową rolę odgrywa oczywiście magiczna, średnia półka cenowa. Na dziś dzień można założyć, że „rozciąga się ona” od 699 do 1599 złotych. Wiem, to bardzo szerokie widełki, jednak z czasem ta granica będzie coraz bardziej ewoluować. Najpewniej w górę, bo technologia miewa niestety takie tendencje. Tak czy inaczej, skoro za niecałe siedem stówek już teraz można kupić niezłego średniaka, to jaki jest sens w pchaniu się w te najtańsze komórki, które na dodatek są częścią transakcji wiązanej z operatorem?

Abonament za telefon? To już nie te czasy

W przeszłości wielokrotnie godziłem się na płacenie wysokiego abonamentu w zamian za możliwość otrzymania, a z czasem tylko dokupienia, wyśnionego smartfona. Operatorzy mieli bardzo mocną pozycję wyjściową i grzechem byłoby stwierdzenie, że nie wykorzystywali tego, że w tych negocjacjach często byli górą. Na szczęście, sporo się tutaj pozmieniało. A największą robotę zrobiły chyba nieoprocentowane raty.

Wbrew obiegowej opinii, ludzie potrafią liczyć. Jeśli za jakiś smartfon, wliczając z opłatą abonamentową, komuś przyszłoby zapłacić – na przykład – 1500 złotych, podczas gdy zakup urządzenia w elektromarkecie i wybranie tańszego planu abonamentowego bez urządzenia lub oferty na kartę mogłoby kosztować 1300 złotych, to rachunek zysków i strat jest bardzo prosty. Co ważne, raty nie są już tylko i wyłącznie domeną jednego czy dwóch sklepów. Są bardzo powszechne i można je znaleźć także w wielu ofertach internetowych.

Teraz docieramy do tej najfajniejszej części. Wielokrotnie pisałem Wam, że jestem wielkim entuzjastą kupowania urządzeń z rocznym stażem na rynku. Oczywiście, nie wszystkich, jednak całkiem sporej ich ilości. Skoro macie możliwość zakupu średniaka sprzed roku, który jest już sprawdzony przez użytkowników i zbiera dobre opinie, a w opozycji stoi promowany przez operatora budżetowiec i dwuletni kontrakt, to co wybierzecie? Nie będę zdziwiony, jeśli większość wskaże na średniaka. Ja bym tak zrobił.

Cena, cena i aparat

Przed ruszeniem na zakupy, pamiętajcie jeszcze o jednej, bardzo ważnej kwestii. Nowości w branży mobilnej przeważnie rozpowszechniają się następująco: flagowce -> półka średnia -> low-endy. Tym samym, jeśli teraz kupicie średniaka sprzed roku, to jest bardzo duża szansa na to, że już teraz ma on technologie, które dopiero będą promowane w tym najniższym segmencie rynku jako wielka nowość. Ot, taka mała porada o której warto pamiętać 🙂

Zresztą, często nie chodzi tylko o technologie, ale i o system operacyjny i podzespoły. Lepsze bebechy w średniaku, to rzecz, którą można brać za pewnik. Czasem niby zdarzają się jakieś odstępstwa od tej reguły, jednak policzyłbym je chyba na palcach jednej ręki. Półka średnia ma już swoją renomę, więc dodatkowo możecie założyć, że aparat w takim telefonie będzie o wiele bardziej „wychuchany”, dopieszczony. To kolejna cecha, która dla wielu osób może odegrać kluczowe znaczenie.

Tak czy inaczej, wybór – mimo tego, że wydaje się być dość skomplikowany – uznałbym za dość prosty. Zwłaszcza, jeśli jesteście czujnymi obserwatorami branży i… umiecie liczyć 🙂